[ Pobierz całość w formacie PDF ]

z Jonisem, który coraz mniej daje nam w dzień czasu na intymność. Dziś powiedziała mi:
 Nie masz pojęcia, co się ze mną dzieje, nie masz pojęcia. Za mało mnie ciągle znasz.
 Chodzi ci zapewne o Jonisa?  zapytałem.
Speszyła się. Nie wiem czemu, ale lubię ten jej ciągły niepokój, to zmieszanie, gdy nie
chce mi po wiedzieć prawdy o sobie, tylko ucieka ode mnie. Pożądam jej wtedy najbardziej, a
ona odwzajemnia się niewolniczą wprost uległością.
 Ach, z Jonisem to nie ma wiele wspólnego  odparła.
 Więc ze mną?
 SkÄ…d wiesz?
Objąłem ją, tuliłem, pieściłem w pełnym świetle, czego nie lubiła. Ale zaraz po każdej
takiej fudze, tak nazywałem jej ucieczki wewnętrzne przede mną, robiłem z nią, co mi się
żywnie podobało.
 Ejże, kłamiesz  mówiłem, pieszcząc ją coraz gwałtowniej i brutalniej.  To na
pewno Jonis jest jeszcze ciÄ…gle przyczynÄ… twoich rozterek.
%7łe też nie potrafię się utrzymać w ryzach, że muszę dawać upust swej egzaltowanej
zazdrości.
Zawsze w takich razach zaczyna jąkać się, plątać w wypowiedziach, płakać. Jestem pe-
wny, że chodzi jej o Jonisa. Przeklęty mój chłopiec z marzeń. Staje mi się wtedy jeszcze dro-
ższa i jeszcze bierniejsza w swym oddaniu. Zapomnieliśmy zresztą wkrótce o całym świecie.
Powolutku skłaniałem ją do...
Znowu następowała seria żenujących intymności To było ponad moje siły. Nagle nasta-
wiłem uszu.
Tekst sunął za szybko, wymykał się mojej rozproszonej uwadze. Trzeba go natychmiast
zatrzymać i wzmocnić, aby stał się bardziej zrozumiały.  Sprzeczaliśmy się dzisiaj do pózna
 notował Anzelm  znowu naturalnie o Jonisa. Mówię o nim Zoi różne niepochlebne
rzeczy. Na przykład, że ukradł mi niektóre moje kompozycje, co jest tylko częścią prawdy,
lub że usiłował mnie kiedyś otruć. Był istotnie taki moment, gdy zaoferował mi swoje usługi
 jako kucharz  amator, a potem ja ciężko się zatrułem. Powziąłem wówczas podejrzenie,
cień podejrzenia. I wiązałem to prędko z jego pochodzeniem od mizrakich. Oczywiście ta cała
historia nie miała w ogóle sensu, bo gdyby chciał mnie naprawdę zgładzić, miał po temu
mnóstwo sposobności i możliwości. Na przykład wtedy, kiedy spadłem ze schodów. Było to
już po moim związaniu się z Zoją. Jego oczy mają odtąd dla mnie jedno spojrzenie: chłodna
stal, nóż, ostrze pełne nienawiści. Jest zresztą zawsze poprawny w stosunku do mnie. Nigdy
ze mną nie mówi o swojej miłości, nie wylewa na mnie pomyj za moją podłość, za to, że ich
w łajdacki sposób rozłączyłem. Ale wiem, że mnie szczerze nienawidzi, mimo że jestem dla
niego niezwykle czuły. Niemal tak jak dla Zoi.
Wtedy pod schodami, leżałem we krwi. Całą głowę miałem we krwi, dławiłem się
własną krwią uderzywszy ustami o marmurowy występ, a potem czaszką o kant balustrady.
Aatwo byłoby mnie dobić. Kurowałem się przecież z tego potem tygodniami. Ale on, mimo
swej nienawiści, skoczył mi natychmiast na ratunek i traktował jak dawniej, jak swego najle-
pszego mistrza, ojca i przyjaciela. Przypomniał mi się dzień, kiedy u Rilli Mizraki po raz pie-
rwszy zobaczyłem tego chłopca z marzeń. Z moich marzeń. Ach, do czego nas doprowadzi-
łem. Posłuchałem Rilli.
Wobec Zoi składałem wszystko, co złe, na konto mizrakich. I mieszając z błotem te
obłe cielska i ich twory, do których zaliczałem Jonisa, czułem jak oni drży, jak targa nią
rozpacz, jak znowu staje się potulna i uległa. Moje szczęście było stale splecione z jej i moim
nieszczęściem. Zoja w każdej chwili mogła ode mnie uciec. A tak naprawdę uważam, że fakt,
iż Jonis jest mizraki, wcale nie umniejsza jego ludzkich wartości. Przeciwnie, znam dobrze
tego chłopca. Nie wiem, czy istnieje na świecie ktoś lepszy od niego. Wpadłem więc we
własną pułapkę. Archan przypisuje tym istotom, tym obłym cielskom nadludzką moc. Rilla
oceniała je podobnie. Czasem boję się Jonisa, tak jak bała się go Rilla, jak bała się również
jego pobratymców. Jonis kiedyś, przypadkowo, w czasie rozmowy o sztuce, powiedział mi:
 Ach, skąd wiesz, ilu nas już jest. Może są nas setki tysięcy, miliony. Może sam jesteś
mizraki?
Nic już z tego nie rozumiem. Pojąłem tylko, że musiał się kontaktować z tamtymi. Do-
brze, że oni u mnie się nie pokazują. Bardzo dobrze. Zakazałem ich wpuszczać. Moje roboty
są sprawne, kto wie, czy nie najsprawniejsze w tym mieście. Nie chcą widzieć tej bandy.
Może lepiej, żebym nie widział i Jonisa!
Tekst się urwał. Szumiał nie nagrany drut. A po minucie:  Nie ma go, nie ma. Dobrze,
że poszedł już stąd. Ma swoje locum, dlaczego ciągle do mnie wraca. Gdyby nie on, gdyby
nie moja szaleńcza miłość do niego, nigdy bym się z Zoją tak nie związał, nigdy nie przeży- [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • glaz.keep.pl